BÓG,  Miłość

Godność i wdzięczność za dar życia

Kiedy Chrystus patrzy na człowieka, widzi tylko jego serce; nie patrzy na uczynki, nie patrzy na myśli, nie patrzy na to, co zewnętrzne, ale wie i zna serce człowieka.

Pragnie, żeby serce człowieka było czyste jak Jego serce, żeby biło zgodnie z rytmem Jego serca i żeby czuło, widziało, słyszało i smakowało tak jak Jego serce.

I o ile mu na to pozwolimy, Chrystus uzdrowi nasze serce. A my sami powinniśmy się zająć umysłem. Zmianą myślenia, zmianą przekonań, po to, żeby umysł był w zgodzie z sercem, w którym mieszka Bóg.

Jeśli człowiek nie zmieni swoich myśli, nie zapanuje nad nimi i nie dostroi ich do rytmu serca, nie będzie w stanie żyć tak, jak stworzył go Bóg, nie będzie w stanie wejść w serce Boga. Nie będzie w stanie wejść w swoje powołanie i wypełnić tego, po co tutaj na ziemię przyszedł.

Każdy z nas ma w sobie serce Boga, które poprzez doświadczenia zewnętrzne, ludzkie nauki, ludzkie przekonania, zranienia i traumy twardnieje, zamyka się i staje się bezduszne.

Serce Boga w nas zamiera i stajemy się pustymi marionetkami bez uczuć wyższych. Ranimy siebie nawzajem, ranimy siebie, odrzucamy, żeby nie czuć bólu, żeby udowodnić sobie i innym, że jesteśmy lepsi, twardzi i niezniszczalni.
Serce Boga czuje, współczuje i odczuwa, ale wolimy tego nie słyszeć, nie widzieć i nie czuć, bo to, co tam ujrzymy o nas samych jest bardzo bolesne. Wolimy okłamywać siebie niż zobaczyć prawdę o nas samych.

Nasze serce zamyka nasze chcenie, nasze pożądanie do życia w swoim małym ciasnym, ale własnym pudełku, osobistym podwóreczku, nasze chęci zaspokojenia własnych małych oczekiwań i dążeń, jak nam się wydaje do szczęścia. Szukamy satysfakcji w związkach, w pieniądzach, w samochodach, w jedzeniu, w piciu, w używkach, w rywalizacji, w podróżach, w książkach, w nauczycielach, ludzkich autorytetach. Szukamy satysfakcji, żeby uciszyć wewnętrzny ból i pustkę skamieniałego serca Boga, które pragnie jedynie Miłości, pragnie kochać, dawać Miłość.

Szukamy i gonimy ze szczęściem kupując sobie kolejne przedmioty, sądząc, że im więcej posiadamy, tym będzie nam się lepiej żyło. Nasze małe życie wydaje nam się najważniejszym na świecie i tylko ono się liczy dla nas. Nie ważni są inni, ważne żebym to ja miał dobrze, żebym to ja bym szczęśliwy, żebym to ja, ja, ja…. Moje ja i moje chcenie staje się najważniejsze na świecie. Moje zdrowie, mój dom, moja rodzina, moje dobra, moja praca, moje dzieci, moje, moje, moje..

Nic nie jest twoje, lecz wszystko jest Boga. Nie masz nic ! absolutnie nic, poza sercem i wolną wolą, którą też dostałeś od Boga ! więc jak możesz rościć sobie prawo do posiadanie czegokolwiek.
Nie posiadasz nawet „swojego” życia, nie posiadasz absolutnie NIC. Gdyby nie Bóg w ogóle byś nie istniał. W ogóle by cię tu nie było. Gdyby nie Bóg nie siedziałbyś w fotelu popijając kolejny kieliszek wina tłumiącego niepokój sumienia i zastanawiać się jaki tu zrobić kolejny biznes, żeby poczuć się lepiej i mieć więcej. Nic byś nie miał, nic absolutnie nic… posiadanie nie jest złe, posiadanie jest obojętne, ma ładunek obojętny i nie ma w nim nic, co może zaspokoić twój głód, głód, który odczuwasz bardziej i bardziej, im bardziej oddalasz się od Boga.

Posiadanie nie ma żadnej wartości i możesz posiadasz zamki i pałace tego świata, wszystkie dobra na tym świecie, a być nieszczęśliwym i pełnym złości i pogardy dla innych człowiekiem. To tylko twój stosunek, do tego co posiadasz nadaje temu wartość stawiając to na piedestale swojego małego życia w zamian za serce Boga, w zamian za Boga.

Twoim bożkiem stają się pieniądze. Budujesz swoje królestwo, które jest w niczym niepodobne do królestwa niebieskiego. I zamiast żyć, jak król żyjesz w samo-potępieniu i samo-sprawiedliwości stawiając się w roli Boga. Wydaje ci się, że za chwilę będziesz wolny, tylko jeszcze musisz mieć to czy tamto, i już za momencik w końcu doznasz wolności i spokoju… a okazuje się, że wciąż masz niedosyt, wciąż jeszcze za mało. Więc chcesz więcej, zaczynasz szukać w duchowości, ale i tutaj wpadasz w kolejne samozadowolenia, bo teraz już możesz nazwać się duchowym. Więc czytasz, słuchasz i wydaje ci się, że teraz już będziesz jeszcze fajniejszy, jeszcze bardziej cool, możesz przecież powiedzieć, że wiesz, co to duchowość i że rozwijasz się duchowo. Kolejna odznaka dzielności i samodzielności zdobyta. Kolejna odznaka na twojej tablicy zasług dla siebie. Kolejna plakietka doskonałości. A może myślisz, że dzięki duchowości w końcu dowiesz, jak mieć jeszcze więcej i jak w końcu zaspokoić swoje wszystkie potrzeby, włącznie z potrzebą bycia zauważonym i ważnym dla tego świata.

Kolejne samodoskonalenie, kolejne samousprawiedliwienie. Modlimy się do Boga, żeby w końcu nam dał to co chcemy. Odprawiamy magię w czystej postaci, tylko pod przykrywką religijności i pobożności, wierząc, że to nasza modlitwa sprawi, że Bóg w końcu da nam zdrowie, partnera, bogactwo i szczęście. Potępiamy i oskarżamy innych, którzy przynajmniej jawnie odprawiają magię, a sami ją uprawiamy modląc się do Boga, żeby w końcu rozwiązał nasze problemy, bo przecież jesteśmy tacy biedni i nie mamy tego, czego chcemy. Staramy się zasłużyć, staramy się być doskonali tylko po to, żeby przekonać Boga, żeby dał nam to czego my chcemy, żeby naprawił nasze własne błędy, żeby tylko poczuć w końcu ulgę, że jesteśmy kochani. Przestrzegamy prawa, odprawiamy kościelne rytuały, wierząc, że jak będziemy jak nam się wydaje „dobrzy”, to w końcu zasłużymy sobie na przychylność Boga.

Dobra wiadomość jest taka, że to wszystko już mamy, ale nie umiemy po to sięgać, bo wydaje nam się musimy na to zasłużyć, bo w sercu czujemy się niegodni i potępieni. Nie dopuszczamy prawdy o sobie, bo wydaje nam się, że to świat jest zły, a nie my.

Bóg już nam to wszystko dał, ale nie po to żebyśmy spełniali swoje egoistyczne zachcianki.

Człowiek dostał ziemię, żeby nad nią panować, a tymczasem człowiek chce panować nad wszystkimi ludźmi wokół, a przede wszystkim nie potrafi zapanować nad sobą. Dostaliśmy w posiadanie Eden a uczyniliśmy z ziemi piekło. Dostaliśmy rajski ogród, a zrobiliśmy z niego własny plac zabaw z gadżetami, które produkujemy dla zaspokojenia własnych potrzeb.

Dostajemy dzieci, nowe dzieci, nowe pokolenia, które przychodzą tu z nadzieją na Eden, a zastają piekło zatwardziałych, poranionych serc i umysłów pozamykanych w klatkach spełniania własnych egoistycznych oczekiwań.

Twoje dzieci, nie są twoje. Twoje dzieci również dostałeś w darze od Boga, dostałeś je żebyś rozwijał w nich Miłość, żebyś uczył ich szacunku do życia, żebyś kształtował je na obraz i podobieństwo Boga, z którym są zjednoczone w sercu, a nie na swój obraz i podobieństwo.

To właśnie dzieci pokazują ci Boga najbardziej, to właśnie w dzieciach możesz zobaczyć siebie czystego, niewinnego i bezgranicznie kochającego Boga. To właśnie dzieci mają najczystsze serca i dopóki nie zaczniesz ich programować swoimi zranieniami, poglądami, chceniem i nienawiścią, dopóty są czystym obrazem serca Boga w nas.

Zatem co z tym zrobić? jak powrócić do serca Boga, jak zacząć w końcu żyć, a nie umierać?

Wrócić do BOGA! przez nasze własne poranione i pozamykane serca, przestać się bać, przestać się bać, przestać się bać! że to co tam ujrzymy będzie bolało. Może zaboli, ale potem wyzwoli. Powiedzieć Bogu swoje „tak!”, nawet jak nie wiem co dalej. Oddać siebie i swoje małe życie.

Bóg czeka, Bóg jest cierpliwy, Bóg nie cierpi na jakiś brak, Bóg nikogo nie chce zmuszać do niczego. Bóg nie jest pożądliwym psychopatą, nie przypisujmy i nie projektujmy na Boga swoich własnych ludzkich cech… Bóg JEST, kocha i czeka… aż się obudzimy, aż zobaczymy, że tu nic nie należy do nas! nasze życia nie należą do nas, nasze dzieci, inni ludzie, rzeczy tego świata.

Nic! absolutnie nic nie należy do nas !

Nie umiemy się z radować z tego co mamy, bo bronimy własnego spisu posiadania, swoich racji, swoich przekonań i swoich własnych wierzeń i chcemy więcej ! ciągle mamy za mało.

A jak trzeba bronić, to nie ma miejsca na radość i pokój; trzeba walczyć o swoje, trzeba się siłować ze wszystkimi, ze wszystkim i z Bogiem też. Trzeba używać własnej siły, żeby nic nie stracić.

Nie rozumiemy, że wszystko możemy mieć, a jednocześnie nie posiadać nic. Nie rozumiemy, że to nie rzeczy i ludzie sprawiają w nas radość, pokój i miłość. Nie rozumiemy, że im bardziej przywiązujemy się do rzeczy i ludzi, do siebie, do swoich ról, do swoich pozycji, do swoich, swoich, swoich… tym bardziej cierpimy i tym bardziej oddalamy się od raju i Boga. Nie rozumiemy, że to wszystko jest nam dane w darze, żeby poszerzać Królestwo Boże na tej ziemi, a nie żeby sobie zawłaszczać wszystko i tworzyć swoje własne królestwa przypominające kurniki z hodowlą złotych jajek.

Nic nie rozumiemy, bo zamknęliśmy nasze poranione serca, boimy się i wstydzimy odsłonić naszą słabość, bo wierzymy, że jak świat ją ujrzy, to nas odrzuci, to nas zdepcze, to nas zniszczy, to umrzemy… tak bardzo boimy się odrzucenia, tak bardzo boimy się opinii innych ludzi i tak bardzo chcemy sobie zasłużyć na miłość i akceptację…. więc dalej walczymy przypominając Don Kichota z kopią w ręku i udając, że jesteśmy dzielni i samowystarczalni i nie potrzebujemy jakiegoś tam Boga, którego nie widać, nie słychać i nie czuć. Lepiej nie zwracać mu głowy i nie zaczepiać, bo jeszcze się na nas rozgniewa i ześle jaką plagę albo pokarze nas i coś nam odbierze, a przecież tak ciężko na to pracowaliśmy.

Nie potrzebujemy jakiegoś tam Chrystusa, który cierpiał i niósł krzyż, bo nawet nie chcemy się zastanawiać nad istotą tego cierpienia. Nie chcemy cierpieć z Chrystusem, nie rozumiejąc, że to właśnie dzięki temu cierpieniu dziś możemy wolni. Odrzucamy krzyż i cierpienie, bo boimy się o siebie, o własny ból, nie chcemy cierpieć i uznajemy, że lepiej odrzucić, bo nie wiemy co to w ogóle znaczy. Podważamy wiarygodność Biblii, podważamy nawet to, że Chrystus w ogóle istniał, a od Boga trzymamy się z daleka, bo co to za Bóg, który nawet swojego syna posłał na krzyż.

O my ludzie! wolimy łatwo i przyjemnie, wolimy nie słyszeć, nie widzieć, nie rozumieć niż narazić się na dyskomfort i ból w zderzeniu z prawdą o sobie.
O my ludzie, mówimy, że wierzymy, a w sercu pustka, a w sercu wciąż niewiara, wciąż lód.
O my ludzie poranieni i zagmatwani we własnych słabościach, uciekamy od Boga, uciekamy od największej Miłości, uciekając w iluzję i namiastkę raju, który wydaje nam się do osiągnięcia tu na ziemi poprzez posiadanie ludzi i rzeczy.

Tak bardzo boimy się odrzucenia przez innych, że odrzucamy wszystko, włączenie ze sobą. Tak bardzo chcemy być kochani, szanowani, podziwiani, ale nie rozumiemy, że żaden człowiek nie jest naszym autorytetem, a ten dla którego chwały staliśmy się ludźmi, nie znajduje się na ziemi i nie widać do ludzkimi oczami.

Mamy tu piekło, zamiast Edenu. Sami je stworzyliśmy. Sami, sami, sami… dostaliśmy od Boga raj, a zrobiliśmy wysypisko śmieci i „raj” autodestrukcji i zagłady.

Modlimy się „Ojcze nasz któryś jest w niebie, przyjdź królestwo twoje” ale myślimy, że ono samo się tu magicznie pojawi, nie rozumiejąc, że to właśnie my, ja, ty, on i ona jesteśmy odpowiedzieli i już uzdolnieni do tego, żeby je tu sprowadzić, tu i teraz !

O mała ja, nie znaczę nic w tym świecie i znaczyć nie chce. To nie moje królestwo, to ma być Królestwo Boga, a my być Jego przejawem i Jego ekspresją tu na ziemi. Godnie reprezentować tu Boga, bo jesteśmy GODNI, ale tą godność odebraliśmy sobie sami!

Odrzuciliśmy swoją boską naturę, Boga w nas! Szukamy świętości, a już jesteśmy święci. Chcemy miłości, ale nie pozwalamy się kochać!

Niech w końcu stanie się Światło i powstanie Królestwo Boże, tu na ziemi!

Amen

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

3 + 17 =

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.